Losowe ZdjĂŞcie

Losowe ZdjĂŞcie
Fotografia1 Fotografia2

Player

Press

 

Autor recenzji: Jan Ptaszyn Wróblewski

Wędrowaliśmy sobie z Heniem Miśkiewiczem po sopockim molo, a z oddali dobiegały dźwięki Molo Jazz Festiwalu, nie pamiętam już której edycji, bo to było dawno temu. I nagle te dźwięki osadziły nas w miejscu. A któż to taki – zaczęliśmy się zastanawiać – czyżby przyjechał jakiś niezapowiedziany Amerykanin? Popędziliśmy pod scenę, a tam szalał właśnie jeszcze szerzej nieznany Mid West Quartet, przechrzczony później na Kwartet Krzysztofa Urbańskiego. Pozostaliśmy pod tą sceną z otwartymi gębami, a potem i inni otwierali gęby, kiedy Mid West ruszył w Polskę zdobywając laury na wszelkich konkursach, chyba tylko z wyjątkiem Bielskiej Zadymki Jazzowej, bo tam wpłynęło zgłoszenie w postaci dysku, który dzięki dziwnemu chochlikowi okazał się pusty i Jury nie mogło go wziąć pod uwagę.

Kiedy w Polsce zabrakło już nagród, ekipa Urbańskiego ruszyła w Europę i tam brała co tylko było do wzięcia zarówno w zespołowych, jak i solistycznych kategoriach. Nic dziwnego, że na ich płytę czekałem z coraz większą niecierpliwością, ale ona nie chciała się ukazać – taki to zakichany mamy rynek, ale to już problem na inną okazję. Gdyby Krzysztof miał posturę Dody, może byłoby inaczej, ale używając modnej wspaniałej polszczyzny – póki co to kicha.

Teraz nareszcie tę płytę mamy, po trzech blisko latach. Po niniejszym wstępie nie sądzę, aby dalej trzeba było zachęcać potencjalnych nabywców, jednak powinni oni wiedzieć, z jaką muzyką mamy do czynienia.

A więc pure jazz, fantastyczny, zdrowy i współczesny, wywodzący się z tradycji Coltrane’a i pomnożony o wszelkie dalsze osiągnięcia z wyjątkiem fryt, przepuszczony przez filtr własnej osobowości. Zespół przez te trzy lata zmieniał swój personel, teraz grupa dobrała się w korcu maku. Tacy wykonawcy po prostu nie mogą zawieść. Od pierwszych dźwięków wirtuozeria i dynamit, i dopóki ten dynamit odpala nie Osama Bin Laden, a Krzysztof Urbański, takie eksplozje można tylko pokochać.



Krzysztof Urbański - "Urbański", Allegro 2010
Życzę każdemu takiego debiutu jaki stał się udziałem Krzysztofa Urbańskiego. Chociaż jeszcze długo jego imiennik, dyrygent, będzie bardziej od niego rozpoznawalny, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby za kilka lat nazwisko to bardziej kojarzyło nam się z jazzem. A warto je zapamiętać, gdyż mało muzyków w tak krótkim okresie czasu kolekcjonuje tak wiele wyróżnień jak on. Jego pierwsza płyta nagrana z Tomaszem Toressem na perkusji, Michałem Barańskim na bassie i Pawłem Tomaszewskim na pianinie staje się ukoronowaniem pracy włożonej przez zespół i zapewne zamyka pewien etap młodzieńczej eskapady. Cieszy fakt, że młody lider przedstawia na krążku pięć własnych kompozycji, w których prezentuje się jako pewny siebie i swoich umiejętności saksofonista. Moce uderzenie otwierającego krążek „Szarmanckiego lawiranta” i rezonująca gra w ostatnim numerze "B.H Blues" ładnie spajają album, w którym znajdziemy i „śmiech i płacz”. Stylowe, rollinsowskie ballady, ciekawa, oparta na dialogach saksofonu z dynamiczną perkusją interpretacja coltranowskiego „Giant steps”, duży szacunek do tradycji, przemyślane kompozycje, bardzo dużo popisówek, które wynikają zapewne z ochoty przedstawienia całego arsenału swoich umiejętności (wielkie brawa należą się pod tym względem także Tomaszewskiemu). Nie zmienia to jednak faktu, że niekwestionowany lider jest tylko jeden – Urbański.
                                                                                                                                                                               (Polskie Radio)

Mieczysław Burski

 

 

 

 

Fantastyczna płyta ubiegłorocznego laureata nagrody "WARTO"

Adam Domagała

Ta płyta to w karierze Krzysztofa Urbańskiego ważna cezura: oto z młodego wilczka, bezlitośnie zagryzającego owieczki (czyli konkurentów w jazzowych konkursach), wyrósł świadomy swej siły przywódca stada. I jest jeszcze bardziej groźny

 
                                                           Lista wyróżnień, jakie w swojej niedługiej jeszcze karierze zdobył wrocławski saksofonista (rocznik 1982, absolwent tutejszej Akademii Muzycznej), jest imponująca. Pierwsze z brzegu: triumf na Jazzie nad Odrą dwa lata temu i przyznawana przez "Gazetę Wyborczą" nagroda WARTO sprzed roku, dzięki której, nawiasem mówiąc, możliwe było wydanie debiutanckiego albumu. Rozdział kariery pt. "Wygrywanie konkursów" saksofonista właśnie zamyka i, przeszedłszy do narracji zasadniczej, po raz kolejny nokautuje wszystkich dookoła.

Wszystkich, naturalnie, którzy zbliżą się na odległość ciosu - bo muzyka z debiutanckiego krążka to zdecydowanie nie jest propozycja dla każdego. Żadnego tam kłaniania się w stronę przypadkowego słuchacza, żadnych umizgów wobec mediów i egzaltowanych nastolatek. To jest jazz, co się zowie, ostra jazda bez trzymanki, techniczna i pełna wiraży, w stylu Rollinsa, Coltrane'a, Breckera Chcecie słodkich pierdółek? Kupcie sobie jakąś smooth jazzową składankę. Chcecie soczystego, improwizowanego swingu - kupcie "Urbańskiego".
Zaczyna się od trzęsienia ziemi. "Szarmancki lawirant" uderza potężnym riffem, potem tematem podanym na be-bopową modłę, w unisono saksofonu i fortepianu. Nikt tu Ameryki nie odkrywa, akcja rozwija się według sprawdzonego schematu: po liderze solówki grają pianista Paweł Tomaszewski i perkusista Tomasz Torres, ogień podsyca basista Michał Barański, cichy bohater całego albumu.

Uspokojenie przychodzi znienacka, bo następny utwór na płycie to "Giant Steps", Coltrane'owski standard nad standardy, jedna z dwóch nagranych tu nieautorskich kompozycji. Kwartet gra w tempie umiarkowanym, a więc dużo wolniej, niż zwykle grywają tę kompozycję światowi wirtuozi. Do czasu: po stopniowo kulminującej solówce pianisty następuje saksofonowy lot koszący bez (harmonicznej) asekuracji. Po czymś takim trzeba miękko wylądować na zielonej łące, rozłożyć kocyk i zaprosić ukochaną na piknik.

Liryczną piosenkę "Touch Her Soft Lips And Part" Williama Waltona Urbański gra - jak byśmy powiedzieli o operowym śpiewaku - tenorem miękkim, wpadającym w baryton, przyjaźnie, "dla dwojga". Ładnie ją zresztą zaaranżował, odwracając w pewnym momencie role swoją i pianisty: saksofonista gra temat, a kolega swobodnie kontrapunktuje melodię.

Kolejna ballada, tym razem grana na saksofonie sopranowym, to nieprzesłodzona "Your History". Jakiś haczyk? I owszem, ale nie powiem, w której minucie, żeby nie psuć zabawy.

Tytuł "You Must Dance To My Music" mówi wszystko - tej melodii i bluesowo-funkowemu rytmowi trudno się oprzeć, trzeba się pogibać, choćby i leżąc na kanapie.

"When Frank Dances Funk" to czterominutowe tour de force saksofonisty - tylko on i jego instrument. Z tytułu wynika, że właśnie takie granie podoba się małemu synkowi Urbańskiego. Powiem szczerze: nie dziwię się.

No i finał, "B.H. Blues" rozpięty między bluesową balladą a żwawym swingiem.

Na okładce płyty młody elegant (spodnie w kant, biała koszula, szelki), przykłada ucho - jakby słuchał szumu w morskiej muszli - do rury saksofonu. Ten metaforyczny obrazek dobrze ilustruje podejście Krzysztofa Urbańskiego do tworzenia muzyki. Inspiracji trzeba szukać jak najbliżej samego siebie, nie w przemijających modach i masowych gustach. Nie masz muzyki w sobie? Nie zagrasz jej innym. Albo zagrasz, ale to nie będzie twoja muzyka. Urbański - powiedzmy to głośno - gra swoje. O takich jak on śp. Miles Davis zwykł mawiać: "groźny sukinsyn". Aż strach się bać, co zbroi następnym razem.

** Płyta Krzysztof Urbański, "Krzysztof Urbański",   Dystrybucja Jazz Sound, 2010

Źródło: Gazeta Wyborcza Wrocław
 

 

 

 

 

 

 

 

 

KRZYSZTOF URBAŃSKI: Powrót wilka
Rozmawia:
Monika Okrój

Po dwóch latach od swojego pamiętnego sukcesu nad Odrą, kiedy zdobył Grand Prix w konkursie na Indywidualność Jazzową, wilk saksofonu ponownie daje o sobie znać, tym razem debiutanckim albumem pt. „Urbański”, który właśnie trafia do prenumeratorów JAZZ FORUM.

To nasze kolejne spotkanie i okazja do rozmowy z nowej perspektywy.

JAZZ FORUM: Jak wiele może się zmienić w ciągu dwóch lat w życiu muzyka?

KRZYSZTOF URBAŃSKI: Rozwijam się i coraz bardziej kocham to, co robię, lata lecą… Coraz więcej też koncertuję grając własną muzykę. Nagrałem pierwszą płytę, TVP Kultura przyznała mi nagrodę Gwarancji Kultury, zostałem też oficjalnym endorserem wyjątkowych saksofonów marki P. Mauriat.

JF: Ostatnio brałeś udział w warsztatach saksofonowych z Argentyńczykiem Alejandro Chiabrando na Akademii Muzycznej we Wrocławiu

.

KU: Tak, to właśnie w związku ze współpracą z firmą P. Mauriat, co mi schlebia, bo te saksofony są naprawdę doskonałe i posiadają piękne brzmienie. Moją rolą jest na nich grać i je promować. Na tych instrumentach grają wybitni muzycy: James Carter, Greg Osby, a ostatnio dołączył Marcus Strickland. Są w planach trasy promocyjne po całym świecie, jak i koncerty na najważniejszych festiwalach, a tym samym coraz więcej możliwości grania własnej muzyki.

JF: Czy gra na saksofonie jest trudna z twojego punktu widzenia?

KU: Im dłużej grasz, tym lepiej masz opanowany instrument. To pomaga w kreowaniu muzyki, aby móc grać odpowiednie dźwięki w odpowiednim czasie. Natomiast codziennie – back to the basic. Sonny Rollins kiedyś powiedział, że wyjazdy na koncerty bardzo przeszkadzają mu w codziennym, domowym ćwiczeniu. Prawdziwi muzycy są jak mnisi, którzy obrali sobie cel poznania czegoś naprawdę dogłębnie i to jest piękne.

JF: Ty też egzystujesz jako muzyk w domowych warunkach.

KU: Od rana do nocy w domu brzmi muzyka, jakakolwiek, czy Raphael Saadiq, bo mój syn go lubi, czy Poluzjanci. Słucham muzyki współczesnej, klasycznej, jazzowej, r&b. Słucham starszych kolegów – Chrisa Pottera, Seamusa Blake’a. Największym akumulatorem do pracy jest muzyka sama w sobie i nigdy nie mogę się doczekać kiedy wreszcie wezmę saksofon do ręki i zacznę grać. Nie ma znaczenia czas i miejsce, naturalnie zapominam o bożym świecie. A jak się napiję kawy, mogę ćwiczyć bezustannie osiem godzin.

JF: Grywasz jeszcze klasykę?

KU: Codziennie. Podchodzę do tego bardzo poważnie. Koncertowałem kiedyś, teraz mam przerwę… Jazz jest niesłusznie postrzegany w Polsce jako muzyka trochę bałaganiarska. Więc klasyka porządkuje kwestie techniczne i wyrazowe. Przykładem może być John Coltrane, który ćwiczył transkrypcje koncertów fortepianowych, albo bracia Marsalisowie, którzy klasykę naprawdę potrafią grać!

JF: Jesteś trochę z boku środowiska katowickiego. Z czego to wynika?

KU: Tak to widzisz? Przecież w moim zespole grają teraz Paweł Tomaszewski i Michał Barański, absolwenci „Katowic”. Ja tam studiowałem. Katowice to była kiedyś jedyna szkoła i każdy tam szedł. Jak ktoś mnie pyta, czemu nie studiowałem w Katowicach, to mówię, że Charlie Parker też nie studiował w Katowicach, a potrafił grać! (śmiech) Z Wrocławiem związałem swoje życie i uważam, że jest tu jeden z najlepszych wydziałów jazzowych w Polsce.

JF: Nie grasz już z połową swojego zespołu…

KU: To jest już inny zespół, inny zamysł grania, inne możliwości. Z tymi chłopakami znałem się wcześniej i właśnie z nimi planowałem nagrać moją pierwszą płytę. Tomek Torres to wyjątkowy perkusista o szerokich zainteresowaniach, łączący wiele kultur muzycznych w jedną całość. Gra w kapelach salsowych, jest członkiem grupy r&b (Afromental) i niezastąpiony w moim zespole. Pianistyka Pawła zawsze bardzo mnie frapowała, a granie z nim to czysta przyjemność. Michał z kolei posiada piękne brzmienie, wyjątkowe poczucie rytmu, no i spore „ogranie” w licznych zespołach. Rozumiemy się bez słów. Ten zespół jest teraz jak samochód z czterema dobrze napompowanymi oponami.

JF: Gdzie nagrywaliście?

KU: W Lubrzy. Lubrza, za Zieloną Górą – piękne miejsce, świetna ekipa, bardzo polecam. Jest tam 700-letni młyn, odnowiony, pod względem akustycznym doskonale przygotowany. Studio projektowane przez jednego z najwybitniejszych w Europie projektantów Rec Publica.

JF: Spodziewałam się Giant Steps. To hymn saksofonistów.

KU: Urzekła mnie ta melodia, jak byłem jeszcze chłopcem, to obiecałem sobie, że znajdzie się ona na mojej pierwszej płycie. Później odkryłem, że pod tą melodią jest dużo, dużo więcej inspiracji niż się spodziewałem.

JF: Przewrotna aranżacja, 3-częściowa budowa, gdzie temat dopiero pokazujesz na końcu. Chciałeś się tym pobawić?

KU: Jestem troszeczkę na rozdrożu, bo uwielbiam takie przestrzenne granie, kolektywną improwizację na bazie jazzowego feelingu, zabawę w formie otwartej na małej liczbie akordów, budowanie melodii. Dopiero w ostatnim momencie wchodzimy na harmonię typową dla Giant Steps – to celowy zabieg.

JF: Reharmonizujesz.

KU: Tak. Chciałem nawet zagrać całe zreharmonizowane Giant Steps, ale… może kiedy indziej. Poza tym lubię złożone utwory, formy suitowe i takie, gdzie elementy się zazębiają. Nie chcę grać jazzu w formie trzyminutowych piosenek, tematu, na który każdy z muzyków improwizuje i eksploatuje to, czego się nauczył przez ostatnie pięć lat, potem znowu temat i jest koniec. Tak można grać na jamie. Ja lubię wielowątkowość, jak np. w BH Blues.

JF: B.H.?

KU: Billie Holiday. To jej dedykuję ostatni utwór na płycie.

JF: W kilku miejscach umieszczasz długie solowe wywody. Jesteś solistą – lubisz grać solo.

KU: Tak, lubię i mogłem sobie na to pozwolić, bo ja byłem producentem. Minimalizm, ale – mam nadzieję – prawda w muzyce.

JF: Jeden utwór jest całkiem solowy.

KU: When Frank Dances Funk. Dzieci nie zawsze tańczą tak, jak my byśmy chcieli, to jest więc taniec Franka. Jest rytm, wszystko się rozwija i się tańczy, tak jak Franek. Improwizacja na bazie kilku akordów, melodia, którą ośmiolatek jest w stanie wysłyszeć.

JF: Z czasem traci się cechy dziecka i próbuje komplikować niepotrzebnie, gdy coś jest tak proste, że dziecko to wie.

KU: Ja nawet świadomie nie komplikuję pewnych rzeczy, bo jeśli sam nie rozumiem, co gram, to tym bardziej słuchacz nie nadąży. Czy muzyka ma nieść za sobą pierwiastek tylko emocjonalny, czy też intelektualny, a może i to, i to? Odwieczna dyskusja…

JF: Tytuł – Szarmancki Lawirant, to o tobie?

KU: Nie, to chodzi o temat, który jest takim lawirantem. Szarmancki, zadziorny, a lawirant – bo temat jest taką nieoczywistą linią melodyczną.

JF: Lubisz standardy. Twoje kompozycje też mają cechy standardów.

KU: Te z płyty na pewno. Chciałem, aby to tak zabrzmiało. To jest moja wizytówka – dzień dobry, to jestem ja, tak dmucham w saksofon, realizuję standardy. Tak miało być i taką muzykę mam aktualnie w głowie.

JF: Z którym z utworów najbardziej się identyfikujesz?

KU: Z Twoją historią.

JF: Moją?

KU: Your Story – historia każdego, kto w tej muzyce dopatruje siebie.

JF: Następuje w ciągłości trzech utworów w podobnym klimacie, można powiedzieć – balladowym.

KU: Tak to ułożyłem, choć ktoś mi zarzucił, że trzy ballady w środku płyty to strzał w kolana. To nie są przede wszystkim ballady tylko… wolne utwory. Jest tam taki natłok emocji, jak w niejednym szybkim numerze. Tak przynajmniej Franek mówił. (śmiech)

JF: Tak? „Ask Frank, When Dances Funk”. To chyba stereotyp, że potrzebny jest instrument perkusyjny, aby wydobyć rytm.

KU: Ty musisz mieć rytm w sobie.

JF: Wszystko wyszło z rytmu – z klaskania, tupania.

KU: Nawet wcześniej. Cały świat idzie w jakimś rytmie. Rytmem jest czas, zachody, wschody słońca, pory roku, bicie serca. Potem ludzie zaczęli klaskać, tańczyć, powoli tworzyć muzykę. Niestety w Polsce rytm jest cały czas kwestią bardzo umowną, nie kręci nas rytm, raczej harmonia, wybrzmienia – to jest nasza natura.

JF: Tradycja taneczna zanika.

KU: Nie chodzi tu tylko o kwestię taneczności. Melodyka, złożoność rytmów, nasycenie emocjami. Billie Holiday – jaka tragedia jest w jej śpiewie! Ktoś powiedział, że jak ona śpiewa o chłopaku, który odszedł, to widzisz chłopaka, który wychodzi z walizkami z domu, a ona siedzi w oknie i płacze. A jak śpiewa ktokolwiek inny i opowiada tę samą historię, to wyobrażasz sobie, że wyszedł z domu, ale po bułki i zaraz wróci. I to jest to.

JF: Chciałbyś, aby do twojej muzyki tańczono?

KU: Tak, pewnie. Jeśli gram tanecznie, chciałbym, żeby ludzie tańczyli. Graliśmy koncert promujący Wrocław do nagrody „Europejskie miasto kultury” – tańczyło mnóstwo dzieci. To była dla mnie prawdziwa radość.

JF: Żeby do końca poczuć się spełnionym potrzebny jest też odbiór.

KU: Miałem niedawno trasę koncertową po Belgii i raz graliśmy dla ośmiu studentów, którzy przyszli do studenckiego klubu. Było stare pianino, podniszczone bębny, ale to był jeden z najlepszych koncertów. Oni się naprawdę cieszyli z naszego przyjazdu i czuć było, że każdy dźwięk był pochłaniany bez analizy typu „dlaczego on to zagrał, dlaczego znowu Giant Steps, ee… następny Coltrane, następny Kenny Garrett, on gra za szybko”. Czysty odbiór muzyki. To było fajne.

JF: Skąd pomysł na okładkę? Ten styl, wyczucie smaku…

KU: „Back to the roots” jest teraz modne, styl à la plantacja pomidorów. To moja żona wszystko wymyśliła. Od dziecka marzyłem, żeby moja płyta brzmiała i wyglądała właśnie w ten sposób. Obiecałem sobie, że nagram moją pierw

szą płytę niezależnie od mody i oczekiwań.

JF: Chciałbyś urodzić się 50, 60 lat temu i żyć w artystycznej bohemie?

KU: Niekoniecznie. Różne czasy niosą ze sobą różne trudności, ale wierzę, że każdy ma coś do zrobienia właśnie w tym czasie, który został mu dany. Chociaż… chciałbym żyć w takiej współczesnej bohemie artystycznej, chciałbym zawiązać takie środowisko, które naprawdę miłuje się w muzyce, niezależnie od warunków ekonomicznych – dogłębnie. W takich środowiskach jest możliwość rzetelnej pracy, pokazania czegoś... Teraz każdy walczy, niemal dosłownie, o koncerty i chce się utrzymać z muzyki. Uważam, że muzyka jest czymś zbyt ważnym, by sprzedawać ją w taki sposób.

JF: Ale nie każdy będzie potrafił w takich warunkach się rozwinąć, wyjść… Czasami im więcej ograniczeń, tym lepsza muzyka powstaje.

KU: No tak, bo o czymś opowiadać musisz. Jest tylu świetnych chłopaków za Oceanem, wyszkolonych w prawo i w lewo, ale to jest takie… nieprawdziwe, nie słychać takiego bagażu doświadczeń, jak np. u Stańki – tam jest opowieść!

JF: Szczera, prawdziwa muzyka musi przejść próbę czasu, próbę negatywnej krytyki, tak jak w przypadku genialnych muzyków, którzy czasem dopiero po śmierci są odkrywani.

KU: Przykre to jest, obawiam się tego. (śmiech) Wychodzę z założenia, że nie chcę wyprzedzać samego siebie. Bo co z tego, że ja teraz będę się silił na stworzenie muzyki i nazywał ją czymś totalnie nowym, zjawiskowym, jeśli tym nie będzie. Można tak przecież zrobić, sztucznie napompować rynek jakimś „objawieniem”, ale okaże się, że to tylko nowe opakowanie… W głowie mam dużo pomysłów i kolejna płyta będzie już dowodem tego, że nie stoję w miejscu.

JF: Jak materiał z płyty ewoluuje na koncertach? A może w ogóle koncerty stanowią łącznik do następnej płyty?

 

KU: Zapis „nutowy” muzyki na płycie odbiega czasem bardzo od tego, co dzieje się na koncertach, a to z racji natury muzyki improwizowanej. Staram się na każdym koncercie wprowadzać jakieś zmiany aranżacyjne i grać nowe utwory z myślą o następnej płycie. To wszystko przychodzi mi w sposób naturalny, bo muzyka musi żyć.

JF: Czego się jeszcze uczysz?

KU: Wszystkiego, na nowo. Uczę się od ogółu do szczegółu i teraz sobie wszystko na nowo nazywam po imieniu. Uczę się pisać muzykę, która ma być interesująca i ma być odbiciem naszych czasów. Chcę grać muzykę, która przyniesie ludziom radość.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jazz Forum 


KRZYSZTOF URBAŃSKI: Wilk saksofonu

 

(Monika Okrój, 2008-09-18 15:47:50) 

 

Chyba już  nikogo nie dziwi fakt, że Konkurs na Indywidualność Jazzową  2008 podczas festiwalu Jazz nad Odrą, wygrywa muzyk, zagarniający wszystkie możliwe nagrody w konkursach, na których tylko się  pojawił. Krzysztof Urbański z członkami swojego zespołu Mid West Quartet (Bartosz Śniadecki - p, Piotr Mazurek - b, Tomasz Torres - dr) zna się, odkąd zaczął naukę na wrocławskim Wydziale Jazzu, u Janusza Brycha. Akademicka przyjaźń jeszcze bardziej zacieśniła ich więzy i pozwoliła na rozwój indywidualności każdego z osobna. Saksofonista niedawno obronił dyplom, ale jak przekonuje, to nie koniec, lecz początek!

JAZZ FORUM: Dlaczego nie zostałeś klasycznym saksofonistą?

KRZYSZTOF URBAŃSKI: Dlaczego? Ja chciałem po prostu zostać muzykiem – saksofonistą. Saksofonistą klasycznym – nie. Pamiętam, gdy w szkole średniej jeździłem na konkursy, to ponoć nie wygrywałem ich tylko dlatego,  
że mój saksofon wystarczająco się nie świecił i nie puszczą mnie dalej, bo się będą wstydzili. Miałem też w ich mniemaniu niedobre ustniki, które wpływały na brzmienie instrumentu.  Zawsze pracowałem nad pełnym brzmieniem, które jednak odstawało od kanonu przyjętego w muzyce klasycznej. Tu chyba pewne polskie stereotypy ograniczają osiągnięcie najlepszej barwy tego instrumentu. Obecnie też gram klasykę, głównie na sopranie, z orkiestrami symfonicznymi, również jako solista.

JF: Kiedy tak naprawdę zacząłeś przygodę  z jazzem?

KU: To było w wieku 12 lat, jeszcze zanim rozpocząłem naukę w Szkole Muzycznej w Gdańsku-Wrzeszczu. Już wtedy miałem wszystko zaplanowane i poukładane. Wstąpiłem więc do orkiestry dętej i nie wiem, jak to się stało, ale wybrałem od razu saksofon. Chęć grania była bardzo silna, pomagała mi się skupić na ćwiczeniu i nie ulegać tak bardzo innym zainteresowaniom, choćby piłce nożnej. Jednocześnie do muzykowania zachęcali mnie rodzice. W II stopniu Szkoły Muzycznej musiałem przerzucić się na saksofon altowy, bo do tej pory grałem na sopranie i tenorze. Byłem wtedy zawiedziony, ale dzisiaj bardzo się z tego cieszę i coraz częściej wracam do altu.

JF: Kto miał  największy wpływ na twój rozwój muzyczny?

KU: Można tu mówić o wielu muzykach. Dzisiaj na przykład od rana przez trzy godziny słuchałem Johna Coltrane’a. To jest muzyk zakorzeniony w tradycji jazzu: worksongs, blues, rhythm and blues, swing...

JF: Czyli uważasz, że najpierw trzeba poznać korzenie, aby potem móc iść w swoją  stronę.

KU: Tak, przede wszystkim. Inaczej będziesz grał po prostu bullshit. Grałem niedawno na Zmaganiach Jazzowych i tam właśnie Steve Turre przyznał,  że z łatwością może rozpoznać muzyków, którzy grają  głupoty, bo nie poznali tej podstawy. Coltrane jest właśnie tym muzykiem, który przeszedł wszystkie właściwe etapy rozwoju muzycznego. Sam uważał, że jeśli coś ci się spodoba, to najlepiej zacząć poznawać to od korzeni. Tylko wtedy można coś  prawdziwie poznać. Lubisz Boba Marleya – posłuchaj jamajskich rytmów!

JF: Właściwie przykładem ignorancji tych korzeni, o których mowa, może być  wielu muzyków pseudo free-jazzowych...

KU: Tak, to jest przykre, ale niektórzy naprawdę nie potrafią grać. Wydaje mi się, że to się rodzi z faktu małej popularności jazzu w Polsce. W rezultacie wychodzi taki kolega X na scenę i mówi „teraz ja gram jazz i to jest nowa muzyka”, więc ludzie, którzy nie mają poglądu i nie wiedzą dokładnie, co jest istotą  jazzu, kupują to.

JF: Mid West Quartet – nazwa zespołu wskazuje na Wrocław. Masz jakiś  szczególny stosunek do tego miasta?

KU: Szczególny stosunek? Tak – tutaj wziąłem kredyt i muszę go spłacić.  (śmiech) Po prostu wszyscy tu mieszkamy, gramy razem. Podoba mi się to miejsce, choć wrocławskie środowisko jest dosyć specyficzne, wręcz lokalne. To od człowieka zależy, czy jest otwarty, czy nie.

JF: Razem z zespołem wystrzeliliście na scenę  jazzową bardzo nagle i intensywnie. Od razu zostaliście docenieni!

KU: Pierwszy raz wygraliśmy w 2007 roku X Ogólnopolski Przegląd Młodych Zespołów Bluesowych i Jazzowych w klubie Ucho w Gdyni. Wtedy poszło nam rzeczywiście bardzo dobrze. Potem pojechałem na Zmagania Jazzowe do Szczecina, gdzie udało mi się zdobyć pierwszą nagrodę od jury, a także nagrodę publiczności. Następnie w grudniu na krakowskim Jazz Juniors znowu szczęście mi dopisało. Nagrodę zdobył  mój zespół, a mnie uhonorowano jako najlepszego instrumentalistę. Wreszcie ogromne i miłe zaskoczenie na tegorocznym konkursie Jazzu nad Odrą…

JF: Dobra passa cię nie opuszcza! Czy zatem czekałeś  z zespołem na odpowiedni moment kumulując energię, aby w końcu eksplodować?

KU: To przyszło naturalnie, wiedzieliśmy już, że gramy dobrą muzykę  i wszystko się układa jak należy. Mieliśmy cel: jechać  i wygrać, bo myślę, że zasłużyliśmy na to.

JF: Wasi nauczyciele nie zasugerowali wam tego wcześniej?

KU: Nie, nie... To wyszło od nas. W tej sprawie to ja jestem wilkiem – decyduję  sam, nikt mi nie podpowiada, co mam robić. Nawet zgłoszenie na pierwszy konkurs wysłałem bez wiedzy chłopaków. To była chwila, kiedy wszyscy naprawdę uwierzyli w siebie. Od tamtej pory jeżdżenie na konkursy bardzo mnie pobudza i stymuluje do grania. To jest sposób, aby zaistnieć  w tym biznesie i dać się poznać, bo co z tego, że ktoś  będzie geniuszem, jak nie wyjdzie ze swoim dorobkiem do ludzi? Jednak moim zdaniem w pewnym momencie życia trzeba ten etap zamknąć. Współzawodnictwo w jazzie nie może wyjść na pierwszy plan, bo nie o to chodzi. Jeżdżąc na konkursy pracuje się na swoją, można powiedzieć, markę, ale dla mnie to jest absurd. Najistotniejsza jest przecież muzyka.

JF: Razem z większością twojego zespołu grasz w orkiestrze salsowej Jose Torresa – Salsa Tropical Band, a także w kwintecie Cuban Train. Jakich umiejętności wymaga ta muzyka?

KU: Przede wszystkim punktualności, dobrej, specyficznej artykulacji. Trzeba być doskonale uporządkowanym rytmicznie, bo tam nie ma przelewek. Praca z Jose bardzo mi w tej kwestii pomogła. Rytmy kubańskie są niezwykle złożone i można się na nich wiele nauczyć.

JF: Wykorzystujesz to w graniu swojej muzyki?

KU: Oczywiście. To wszystko ma przecież wspólne, afrykańskie korzenie. Chociaż  
feeling jest inny i nie można pod tym względem mieszać jazzu z muzyką kubańską.

JF: W każdym zakątku świata istnieje indywidualne poczucie rytmu i osobliwy temperament. Myślisz, że też to masz?

KU: Mam nadzieję,  że nie. Nad swoim osobistym brzmieniem pracuję od 12 roku życia, ale nie chcę, aby moja muzyka ujawniała to, że jestem z Polski.

JF: Ale chyba nic w tym złego?

KU: Nie, na pewno, bo przecież nasz kraj jest piękny, jego historia, tradycje... Chodzi mi o moje muzyczne tradycje, które sięgają jednak w inne rejony.

JF: Przeraża cię ta polska melancholia?

KU: Nie, skądże! Blues też sam w sobie jest melancholijny. Od dziecka słuchałem Counta Basie’ego, Duke’a Ellingtona i tamten feeling jest mi najbliższy. Gdy mówi się o muzyce europejskiej, to zawsze pachnie Bałkanami i słowiańszczyzną. (śmiech) 
 

JF: Masz rację, można to zauważyć... Zatem co cię  naprawdę kręci?

KU: Swing! Swing Buda Powella, Theloniousa Monka.

JF: Rzeczywiście, w tej chwili zespół prawdziwie swingujący to niemal fenomen. Swingu można się wyuczyć, ale nie o to chodzi...

KU: ...bo najważniejsze jest serce. Mam szczęście, że gram w zespole z takim skurczybykiem jak Tomek Torres, który mocno swinguje. To on właśnie jest tym sercem zespołu. Wszyscy zresztą mają świetny groove, i Bartek Śniadecki, i Piotrek Mazurek grają jeszcze w kapelach groove’owych.

JF: W repertuarze twojego zespołu większość stanowią  standardy jazzowe. Jakie znaczenie mają  one dla ciebie?

KU: Granie standardów weryfikuje umiejętności muzyka. Trzeba znać pewien podstawowy kanon, aby mieć potem z czego wybierać. Nauczenie i interpretacja standardu też zajmuje trochę czasu. Obecnie gram dużo standardów, ale mam też swoje kompozycje.

JF: Zgodzisz się, że im bardziej znany standard, tym większa trudność jego oryginalnego opracowania?

KU: Jasne, przecież  nikt nie chce się powtarzać. Standard to kopalnia, daje nam szerokie pole manewru w możliwościach interpretacyjnych. Przychodzi kiedyś  taki czas, że zaczyna się je traktować jako ćwiczeniówki.

JF: Myślisz, że moża by było jeszcze coś  zrobić np. z Autumn Leaves albo Summertime?

KU: Na pewno! Rytmika jest niepojęta, bo matematyka jest nieskończona. W dodatku każdy muzyk jest inny.

 
JF: Sporo koncertujesz, a także masz już  na swoim koncie kilka nagrań.

KU: Poza licznymi nagraniami z Jose Torresem, grałem w styczniu, razem z Mid West Quartet w Studiu Muzycznym Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej. Oprócz tego, że koncert był transmitowany, to także został zarejestrowany. Możliwe, że zostanie wydany na płycie. Mam plan, aby nagrać  album w porządnej wytwórni, ale wiadomo jak to z jazzem jest –  trzeba być topową postacią, żeby móc cokolwiek załatwić. Takie granie sztuki dla sztuki, wydawanie płyty dla polepszenia samopoczucia wcale mnie nie interesuje. Obieram inną drogę – nawet, gdybym nie miał z niej większych korzyści materialnych i tak bym nią podążał, bo lubię to, co robię.

Rozmawiała: Monika Okrój